#metoo – instrukcja obsługi dla mężczyzn

Kiedy kobiety mówią – zamknijmy się i słuchajmy.

Internetowa akcja #metoo miała na celu zwiększenie świadomości skali ogromnego problemu społecznego, jakim jest molestowanie seksualne kobiet i powszechne przyzwolenie na takie zachowania. Na bardziej podstawowym poziomie była to jednak walka o prawo do swobodnego mówienia o doświadczeniach przemocy. O przestrzeń, w której ofiary mogłyby zostać wysłuchane. O należną im wiarygodność, dzięki której nie musiałyby spotykać się w przyszłości ze stygmatyzacją i aprioryczną nieufnością. Niestety, kiedy kobiety zaczynają mówić, nieprzyzwyczajeni do tego mężczyźni zwyczajnie głupieją.

Wszędzie jest nas – mężczyzn – pełno. Dominujemy w polityce, mediach, biznesie i nauce. Nawet tam, gdzie nie stanowimy większości, zajmujemy wyższe stanowiska. Nie dzięki wyższym umiejętnościom i osiągnięciom, ale patriarchalnym relacjom społecznym i patriarchalnej kulturze. Zawłaszczamy dla siebie dyskusje, ignorując i przekrzykując nasze rozmówczynie.

Na ciemnym tle kobieta ukazana od pasa w górę trzyma w wyciągniętych rękach białą kartkę zasłaniającą twarz z napisem #metoo
Dopiero w mediach społecznościowych głos kobiet nie mógł być zagłuszony przez mężczyzn.

Często nie zauważamy tego wszystkiego, w końcu to kulturalna norma, którą przyjmujemy jako stan naturalny. To dlatego #metoo musiało wydarzyć się w serwisach społecznościowych, gdzie dostęp do przestrzeni swobodnej wypowiedzi jest mniej ograniczony. Tam trochę nie mieliśmy wyjścia: musieliśmy słuchać (a raczej czytać). I co w tej sytuacji zrobiliśmy? Niestety, to, co zwykle.

Wolność do bucerki

Niektórzy z nas nie mogli ścierpieć prawdy, gdy uderzyła nas prosto w oczy. Tyle wysiłku włożyli w przekonywanie, że molestowanie to problem marginalny, że kobiety same się proszą, że gwałcą i macają je tylko uchodźcy itd., a tu nagle takie coś. Co mogli zrobić? Najprościej było sięgnąć po stare metody. Napisać, że te feministki (czyt.: „kobiety”) to się przecież nie znają i durnoty jakieś wymyślają, histeryczki jedne. Że komplementów prawić nie pozwalają, że flirt zupełnie zabijają, że jak tu w ogóle rozmawiać, żeby nie molestować, przecież to za chwilę będzie niemożliwe. I skąd ma biedny facet wiedzieć, czy ona ma ochotę na seks? No przecież nie będzie pytał jak jakiś debil, bo mu od tego pytania wszystko opadnie i nici z zabawy.

Amerykański plakat propagandowy z czasów II wojny światowej przedstawiający uśmiechniętego żołnierza w hełmie trzymającego duży metalowy kubek. Ponad nim oryginalny napis zastąpił nowy: „How About A Nice Cup Of Shut The Fuck Up”.
Czasem wystarczy się zamknąć, by nie wyjść na głupiego buca.

Tak, dla tych mężczyzn problem przemocy seksualnej wobec kobiet okazał się kwestią marginalną. „No oczywiście, że potępiam gwałty” – zaczynali swoje komentarze, by przejść do tego, co dla nich w całej sprawie naprawdę istotne. Nie, nie do tego, że skala zjawiska jest szokująco wielka. Nie do tego, jak skutecznie z tym zjawiskiem walczyć. Nie do tego, czy na pewno sami zawsze zachowywali się jak należy (o tym jeszcze za chwilę). Najważniejsza okazała się walka o swobodę okazywania kobietom zainteresowania ich cielesnością w sposób dla tych mężczyzn najwygodniejszy.

I nie jest to rzecz błaha. Tu gra toczy się o prawo do decydowania o tym, co jest, a co nie jest przekroczeniem granicy przemocy. O postawienie sprawy na głowie, by to sprawca mówił ofierze, czy ma prawo czuć się zaatakowana. A więc o kontrolę nad ciałami kobiet. Dla tych mężczyzn nieważne jest, co one same o tym sądzą (w końcu to głupie „feminazistki”), czy dane zachowanie ich nie poniża, nie pozbawia poczucia bezpieczeństwa czy po prostu nie wywołuje w nich dyskomfortu. Ich głos został sprowadzony ad absurdum i wyśmiany. Bo przecież kto by tam baby słuchał.

A wystarczyło zamknąć się i słuchać.

Brukowanie piekła

Ale nie wszyscy jesteśmy przecież takimi bucami. Część z nas najzupełniej szczerze popiera prawdziwe równouprawnienie, pragnie świata wolnego od dyskryminacji i bezpiecznego dla kobiet nie mniej niż dla mężczyzn. Niektórzy z nas wiedzą nawet, co to jest 0 mainstreaming i mansplaining. Czytamy te wszystkie wpisy pod #metoo i serce nam pęka. I czasem budzą się w nas wyrzuty sumienia: przecież nie jesteśmy niewinni. Robiliśmy rzeczy, których się wstydzimy. Chcielibyśmy wyrazić solidarność. Pokazać, że słyszymy i rozumiemy. Niestety, jesteśmy tylko facetami. Kiedy kobiety mówią, głupiejemy. I wymyśliliśmy: #itwasme – #tobyłemja. Odpowiedzmy i przyznajmy się do winy!

Co w tym złego? Początkowo i mnie wydawało się, że tu wszystko jest w porządku. Ale postawmy się w roli ofiary, dowolnej kobiety, która napisała w sieci o swoich doświadczeniach lub przechowuje je w swojej duszy. Co ona ma zrobić z tymi naszymi wyznaniami? Wybaczyć nam w imieniu nieznajomych poszkodowanych? Pochwalić nas, jacy to jesteśmy samoświadomi, jak szlachetnie się przyznajemy?

Szerokokątny widok na wnętrze więzienia. Po obu stronach długiego, szerokiego hallu widać kilka pięter rzędów drzwi do cel.
Facebookowe wyznania nikogo za kratki nie zaprowadzą. To żaden heroizm.

Czy ona ma cieszyć się, że chociaż #metoo miało skupić uwagę na jej udręce, my odwracamy sytuację i sprawiamy, że wszystko znów kręci się wokół nas? Ona nie potrzebuje naszego przyznania się do winy, by być wiarygodną. Nie możemy wzmacniać przekonania, że świadectwo ofiary ważne jest dopiero wówczas, gdy potwierdzi je sprawca. Lub inny mężczyzna.

Zresztą, czy te wyznania winy coś nas tak naprawdę kosztują? Czy przyznajemy się do czegoś konkretnego, co może nas kosztować utratę pracy albo zaprowadzić do więzienia? Czy spotyka nas ostracyzm ze strony otoczenia? Czy jednak mamy z tego czysty zysk: możemy pozbyć się poczucia winy, a znajome na Fejsie dają nam trochę lajków?

Palące sumienie nie daje spokoju? Może chociaż taka kara nam się należy? Może lepiej zamknąć się i słuchać?

Przezroczysty przywilej

Niektórzy z nas cieszą się podwójnym przywilejem. Nie tylko mężczyzn w patriarchalnym świecie, ale też osób kształtujących tzw. debatę publiczną, np. redaktorów w prasie opiniotwórczej. Są w tej grupie i buce, i szczerze – choć nie zawsze mądrze – oddani sprawie genderowej równości. Reakcje tych pierwszych już opisałem, a ci drudzy? Kiedy kobiety zaczęły mówić, też trochę zgłupieli.

No i mieliśmy potem takie sytuacje, jak w „Tygodniku Powszechnym”, gdzie całkowicie męska redakcja dodatku „Książki w Tygodniku” przygotowała numer, którego tematem okładkowym było „Wyjście z patriarchatu”. Byłoby świetnie, ale – jak zauważyła Maja Staśko – na 24 teksty w tym wydaniu tylko 5 było autorstwa kobiet. Oto jak pisać o konieczności obalenia męskiego przywileju, jednocześnie go konserwując. Niezależnie od tematu komentują wciąż te same, męskie głowy.

Wbrew temu, co nam się często wydaje, nie musimy ciągle krzyczeć, by zaznaczyć swoją obecność i swój punkt widzenia (fot. Jason Rosewell, Unsplash)

Jako mężczyźni uczymy się od dziecka, że nie tylko mamy prawo do własnego zdania i jego artykułowania, ale że powinniśmy walczyć o to, by nasz głos był dobrze słyszalny. Mamy działać, a jeśli milczymy, to tak jakby nas nie było. Nieobecni nie mają racji. Sugestia „milcz i słuchaj” wywołuje w nas strach i opór. Odbieramy to jako zamach na naszą wolność i na naszą męskość, która domaga się od nas, byśmy nie pozostawali bierni, lecz reagowali na rzeczywistość, komentowali ją i zmieniali.

Kobiety – przeciwnie. Socjalizowane są do przeżywania w ciszy, do ustępowania miejsca, słuchania i podążania za kimś, głównie mężczyzną. Zajmowanie każdej możliwej przestrzeni, samozwańcze prawo do wypowiedzi na każdy temat, wolność od wykluczenia – choćby z dyskusji o molestowaniu seksualnym – to część naszego męskiego, patriarchalnego przywileju. I dlatego właśnie, jeśli naprawdę zależy nam, mężczyznom, na równości płci, jeśli nie popieramy jej czysto deklaratywnie, musimy zastosować się do prostej zasady: kiedy kobiety mówią, zamknijmy się i słuchajmy.

***

Dziękuję Mai Staśko i Agnieszce Herrmann-Jankowskiej, że zechciały przeczytać pierwszą wersję tej notki i podzieliły się ze mną swoimi uwagami. Dzięki nim ten tekst jest znacznie lepszy.

Dalsza lektura (przykładowo):

Roman Sidorski

Zawsze lubiłem pisać i dowiadywać się czegoś nowego o świecie. Wg rodziców bawiłem się w pisanie felietonów jeszcze zanim nauczyłem się składać litery w słowa (i zanim dowiedziałem się, co to jest felieton). Ten blog jest efektem syzyfowych prób zaspokojenia mojej ciekawości, prokrastynacji za pomocą coraz to nowych hobby oraz potrzeby spisywania myśli kłębiących mi się w głowie.

div#stuning-header .dfd-stuning-header-bg-container {background-image: url(http://sidorski.pl/wp-content/uploads/2017/11/SplitShire-7786.jpg);background-size: cover;background-position: center center;background-attachment: initial;background-repeat: no-repeat;}#stuning-header div.page-title-inner {min-height: 650px;}
Inline
Inline

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. Więcej informacji.

Aby zapewnić najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję", zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij